Pierwszy koncert przedszkolaka. Jesienne warsztaty, teatrzyki i głośność, o której mało kto myśli
Rzadko piszę o czymś, co dzieje się przed osiemnastą. Ale kolega z czasów tras, dziś tata czterolatki spod Wrocławia, zapytał mnie, jak zabrać córkę na pierwszy koncert, żeby nie wyszła z płaczem. Odpowiedź zrobiła się długa, więc jest tekstem.
Z tym kolegą przejechałem kiedyś pół Polski w busie z nagłośnieniem. On nosił skrzynie i stroił gitary, ja kręciłem gałkami. Dziś mieszka z rodziną w Ślęzie pod Wrocławiem, ma czteroletnią córkę i zadaje mi pytania, których dziesięć lat temu żaden z nas by nie wymyślił. Ostatnie brzmiało tak: na jaki koncert zabrać przedszkolaka, żeby to był dobry pierwszy raz, a nie trauma na lata.
Usiedliśmy przy kawie i wyszło, że wiem na ten temat więcej, niż myślałem. Nie dlatego, że znam się na dzieciach, tylko dlatego, że przez lata widziałem z konsolety, jak dzieci na widowni reagują na dźwięk, światło i tłum. Spisuję to, bo jesień to dobry moment na pierwsze wyjścia, a pytanie kolegi słyszę od znajomych coraz częściej.
Jesień to sezon na pierwsze wyjścia
Latem dzieci mają pikniki i festyny, gdzie muzyka gra gdzieś w tle, a można w każdej chwili odejść na trawę. Od października wydarzenia przenoszą się pod dach i to zmienia wszystko. Sala jest zamknięta, światło przygaszone, dźwięk odbija się od ścian. Dla dorosłego to po prostu koncert. Dla czterolatka to zupełnie nowy świat.
Na szczęście jesienią jest z czego wybierać. Filharmonie i domy kultury mają cykle koncertów dla rodzin, zwykle w weekendowe przedpołudnia. Teatry lalkowe grają poranki. Biblioteki i centra kultury organizują warsztaty, na których dzieci dotykają instrumentów, lepią z gliny albo tańczą. Rzadko mają one więcej niż godzinę i to jest ich największa zaleta.
Głośność, czyli moja działka
Tu będę stanowczy. Dziecięce ucho jest wrażliwsze niż dorosłe, a przewód słuchowy jest krótszy, więc ten sam dźwięk dociera do niego mocniej. Na koncertach dla dzieci realizatorzy zwykle o tym pamiętają i grają ciszej. Na zwykłych koncertach, festynach i imprezach plenerowych już niekoniecznie.
Kilka zasad, które dałem koledze:
- Ochronniki słuchu dla dzieci to wydatek rzędu kilkudziesięciu złotych, a robią ogromną różnicę. Nie zwykłe słuchawki, tylko nauszniki ochronne w rozmiarze dziecięcym. Warto założyć je w domu kilka razy wcześniej, przy odkurzaczu albo suszarce, żeby dziecko się do nich przyzwyczaiło.
- Nigdy przy głośnikach. Jeśli widzisz kolumny po bokach sceny, siadaj dalej od nich i bliżej środka sali. Więcej o tym, gdzie brzmi najlepiej, pisałem w tekście o tym, gdzie stanąć na koncercie. U dzieci ta sama zasada działa podwójnie.
- Obserwuj ręce. Dziecko, które zatyka uszy albo chowa twarz w ramieniu rodzica, nie robi teatru. Mówi, że jest za głośno. Wtedy wychodzi się na korytarz, a nie przekonuje, że „zaraz będzie fajnie”.
Przedszkole jako pierwsza scena
Rozmowa z kolegą szybko zeszła na przedszkole, bo tam jego córka ma muzykę na co dzień. Wybierali je rok temu i jedno z kryteriów brzmiało: ile w tygodniu jest śpiewu, tańca i ruchu. Wybrali placówkę Montessori na Zabrodziu, kilkanaście minut autem od domu. Ziarenko ma nawet osobną stronę dla rodziców z ich wsi, przedszkole Ślęza (https://ziarenko.com.pl/przedszkole-sleza/), z odległością i czasem dojazdu, co dla rodziców spod miasta jest pierwszym pytaniem, zanim w ogóle zaczną czytać o metodzie.
Kolega opowiadał mi o tym z zapałem, którego nie znałem u niego nawet przy najlepszych koncertach. Że grupy są małe, najwyżej osiemnaście dzieci, i mieszane wiekowo, więc młodsze uczą się od starszych. Że codziennie słychać tam trzy języki: polski, angielski i ukraiński. Że wśród zajęć są tańce, zumba i joga, a obok nich ceramika, szachy i robotyka. Najbardziej podobało mu się, że od wiosny do listopada dzieci mają edukację leśną, czyli dużo czasu na zewnątrz.
Z mojego punktu widzenia ma to znaczenie, o którym rodzice rzadko myślą. Dziecko, które w przedszkolu śpiewa przy innych, tańczy w grupie i występuje na zakończenie roku przed rodzicami, przychodzi na pierwszy koncert z doświadczeniem. Wie, że jest scena i widownia, że się klaszcze i że czasem trzeba chwilę posiedzieć cicho. To naprawdę widać z konsolety.
Jesienne warsztaty i dni otwarte
Jesień to też czas, kiedy wielu rodziców zaczyna szukać przedszkola na kolejny rok. Warto wiedzieć, że przedszkole niepubliczne (https://ziarenko.com.pl/przedszkole-sleza/) nie musi trzymać się wiosennej rekrutacji. W placówce, którą wybrał kolega, zapisy trwają przez cały rok, a gdy w grupie nie ma miejsca, dziecko trafia na listę oczekujących. Adaptacja odbywa się z rodzicem, bez sztywnego terminu. Dla kogoś, kto przeprowadza się w październiku albo dopiero teraz wraca do pracy, to spora różnica.
Kolega dał mi radę, którą przekazuję dalej: zanim wybierzecie przedszkole, zapytajcie, czy można przyjść na zajęcia, na dzień otwarty albo na krótką wizytę z dzieckiem. Pół godziny w sali powie więcej niż strona internetowa. Wtedy też łatwo sprawdzić, jak wygląda muzyka w praktyce: czy dzieci śpiewają z panią przy instrumencie, czy z głośnika, i jak głośno.
To samo dotyczy warsztatów poza przedszkolem. Zanim zapiszesz dziecko na jesienne zajęcia w domu kultury, zapytaj o trzy rzeczy:
- Ile trwają. Dla czterolatka czterdzieści pięć minut to dużo, półtorej godziny to za dużo.
- Czy rodzic zostaje w sali. Przy pierwszych zajęciach to często warunek, żeby dziecko w ogóle weszło.
- Ile jest dzieci na prowadzącego. Przy warsztatach z instrumentami to kluczowe, bo dziesięć bębenków naraz to też jest dźwięk.
Jak wybrać pierwszy koncert albo spektakl
Wróćmy do pytania kolegi. Moja lista dla rodzica przedszkolaka wygląda tak:
- pora przedpołudniowa. Dziecko po drzemce albo przed nią to dwa różne dzieci. Weekendowe poranki w filharmonii czy teatrze lalek są ustawione pod ten rytm nie bez powodu,
- krótko. Najlepiej do godziny, bez przerwy albo z jedną krótką,
- miejsce przy przejściu. Nie w środku rzędu. Wyjście w połowie nie może oznaczać przeciskania się obok dwudziestu kolan,
- muzyka, którą dziecko zna. Pierwszy raz to nie czas na eksperymenty. Koncert z piosenkami z przedszkola czy z bajek działa lepiej niż najpiękniejszy kwartet smyczkowy,
- możliwość ruchu. Część koncertów dla najmłodszych pozwala dzieciom siedzieć na poduchach albo tańczyć przy scenie. Dla czterolatka to idealne rozwiązanie.
Na koniec jedna obserwacja zza konsolety
Przez lata widziałem na widowni wielu rodziców z dziećmi. Najlepiej szło zawsze tym, którzy nie mieli wobec wyjścia żadnych oczekiwań. Przyszli, posłuchali, wyszli po trzech kwadransach, kiedy dziecko zaczęło się kręcić, i nikt nie uznał tego za porażkę. Najgorzej szło tym, którzy kupili drogie bilety na wieczorny koncert „dla dorosłych” i postanowili wysiedzieć do końca za wszelką cenę.
Kolega idzie z córką w listopadzie na poranek w filharmonii. Ochronniki już kupił, różowe, bo córka wybrała kolor. Obiecał, że da znać, ile wytrzymali. Stawiam na czterdzieści minut i wyjście z uśmiechem.