Gdzie stanąć na koncercie, żeby naprawdę słyszeć
Przez kilkanaście lat stałem za konsoletą na środku sali i wiem, gdzie brzmi najlepiej. Podpowiadam, gdzie się ustawić, żeby z koncertu wynieść muzykę, a nie tylko szum w uszach.
Pierwsza rzecz, którą robię po wejściu na koncert, to szukanie wzrokiem stołu realizatora. Nie z sentymentu, choć trochę też. Po prostu to jest jedyne miejsce na sali, o którym wiem na pewno, że ktoś tam przez cały wieczór słucha i poprawia brzmienie. Wszystko, co dzieje się dalej od niego, jest już trochę loterią.
Przez kilkanaście lat pracowałem jako realizator dźwięku, głównie we Wrocławiu i okolicach, czasem w trasie. Widziałem sale, w których pierwsze pięć rzędów słyszało głównie perkusję, i hale, gdzie pod ścianą bas robił z muzyki budyń. Dlatego ten tekst otwiera nasz serwis. Zanim zaczniemy rozmawiać o tym, na co iść, warto wiedzieć, gdzie się ustawić.
Środek sali, kilka metrów przed konsoletą
Stół realizatora (w branży mówimy na to FOH, od front of house) stoi zwykle na osi sceny, mniej więcej w dwóch trzecich długości sali. To nie przypadek. Stamtąd słychać oba zestawy głośników w podobnych proporcjach, a odbicia od ścian bocznych docierają z opóźnieniem na tyle małym, że nie rozmywają dźwięku.
Najlepsze miejsce dla słuchacza jest zazwyczaj kilka metrów przed konsoletą, na tej samej osi. Tam dostajesz praktycznie ten sam miks, który słyszy realizator, a jesteś bliżej sceny. Jeśli zobaczysz przed sobą tłum, nie przepychaj się do przodu. Przesuń się raczej w bok o dwa kroki, byle nie wyjść poza pas między głośnikami.
Raz na koncercie w średniej wielkości klubie podszedł do mnie chłopak i zapytał, czemu z przodu „nic nie słychać oprócz bębnów”. Wziąłem go na minutę za stół. Zdziwił się, że wokal, gitary i klawisze są na swoich miejscach. Wrócił do przyjaciół, przeciągnął ich pod konsoletę i przestał się skarżyć.
Dlaczego pod sceną brzmi gorzej
Pierwsze rzędy to miejsce dla ludzi, którzy chcą widzieć, dotknąć i poczuć. I to jest w porządku. Tylko trzeba wiedzieć, co się traci.
Główne głośniki wiszą albo stoją po bokach sceny i są skierowane dalej, w głąb sali. Pod samą sceną jesteś często poniżej ich osi, więc docierają do ciebie głównie wysokie tony odbite od sufitu i to, co wylatuje prosto ze wzmacniaczy na scenie. Do tego dochodzą monitory, czyli głośniki odsłuchowe skierowane na muzyków. Ich dźwięk słychać w pierwszych rzędach bardzo wyraźnie i nie jest przeznaczony dla publiczności.
Efekt? Gitarzysta z lewej zagłusza wokal, bębny grają jakby bez reszty zespołu, a bas przychodzi z opóźnieniem z głównego systemu. Dla wielu osób to cena, którą warto zapłacić. Ja pod sceną stoję tylko wtedy, gdy chcę popatrzeć na ręce gitarzysty.
Czego unikać w klubie
Małe kluby mają swoje pułapki. Oto te, które widzę najczęściej:
- Kąty sali. W rogach bas się kumuluje i robi się dudniąco. Słychać głównie niskie tony i trudno odróżnić stopę perkusji od gitary basowej.
- Okolice baru. Bar jest zwykle z boku albo z tyłu, a do tego przy nim ludzie rozmawiają. Z miejsca przy barze wyjdziesz z koncertu, na którym słyszałeś głównie zamówienia.
- Pod balkonem. Jeśli sala ma antresolę, pod nią dźwięk jest przytłumiony, jak zza zasłony. Niby wszystko słychać, ale bez powietrza.
- Tuż przy głośniku. Wiem, że kusi. Słuch jednak nie lubi takich eksperymentów, a sam dźwięk z bliska jest płaski i ostry.
Hala i duża scena
W halach sprawa wygląda inaczej, bo nagłośnienie jest zwykle rozbudowane. Oprócz głównych systemów po bokach sceny często wiszą dodatkowe zestawy głośników w głębi sali, tak zwane delay'e. Są opóźnione względem sceny tak, żeby dźwięk z nich i ze sceny dochodził do słuchacza w tym samym momencie.
Jeśli stoisz daleko, poszukaj wzrokiem tych dodatkowych głośników i ustaw się przed nimi, nie za nimi. Za zestawem opóźniającym słychać echo, bo dźwięk przychodzi dwa razy.
Na trybunach zasada jest prosta: im bardziej na wprost sceny, tym lepiej. Miejsca z boku, prawie za sceną, bywają tańsze nie bez powodu. Słychać z nich głównie jedną stronę systemu i to, co odbija się od przeciwległej trybuny.
Plener rządzi się swoimi prawami
Na festiwalach i koncertach pod chmurką nie ma ścian, więc nie ma też odbić. To dobra wiadomość. Zła jest taka, że dochodzi wiatr, a on potrafi zrobić z brzmienia huśtawkę. Przy mocnym bocznym wietrze wysokie tony dosłownie odpływają, a ty słyszysz raz wokal, raz tylko bas.
Moja rada na plener: ustaw się pod wiatr względem sceny, czyli tak, żeby wiatr wiał od sceny w twoją stronę. Dźwięk wtedy dociera pełniejszy. I znowu, wieżyczka realizatora to dobry punkt orientacyjny. Na festiwalach stoi zwykle na środku pola, pod namiotem, z rusztowaniem dla oświetleniowców.
Uszy to też sprzęt
Nie będę moralizował, ale powiem jedno. Nie znam realizatora z długim stażem, który nie nosi przy sobie zatyczek. Dobre zatyczki koncertowe nie wyciszają muzyki jak wata, tylko ściszają ją równo w całym paśmie. Dalej słyszysz wszystko, tylko ciszej, a następnego dnia nie piszczy ci w uszach.
Kosztują mniej niż piwo na koncercie i mieszczą się w małym pudełku przy kluczach. Jeśli chodzisz na koncerty częściej niż raz w miesiącu, to naprawdę najlepsza inwestycja w to hobby.
Krótka ściąga przed wejściem
Zanim wejdziesz na salę, zadaj sobie jedno pytanie: przychodzę słuchać czy patrzeć? Od odpowiedzi zależy miejsce.
- Chcesz słyszeć: środek sali, na osi sceny, przed stołem realizatora.
- Chcesz widzieć muzyków z bliska: pierwsze rzędy, ale pogódź się z tym, że brzmienie będzie nierówne.
- Jesteś w dużej hali: szukaj miejsca przed dodatkowymi głośnikami w głębi, nie za nimi.
- Plener: środek pola, najlepiej z wiatrem od sceny.
- Zawsze: omijaj kąty, bar i przestrzeń pod balkonem.
Od kiedy nie pracuję już przy konsolecie, chodzę na koncerty jako zwykły widz. I przyznam, że wciąż odruchowo ląduję w tym samym miejscu, dwa metry przed stołem realizatora. Czasem ktoś z ekipy mnie rozpoznaje i kiwa głową. Wtedy wiem, że stoję dobrze.
W kolejnych tekstach będę pisał o teatrze, kinie, zapleczu wydarzeń i o tym, jak wybierać wieczory na okazje. Ale ta jedna zasada przyda się zawsze: dobry koncert to w połowie dobre miejsce.