Przejdź do tekstu
Wydanie Wieczorne, strona główna
Garderoba przed koncertem, ciepłe światło lampy i instrumenty oparte o ścianę

Rider techniczny. Co artyści naprawdę zamawiają

Tekst: 6 min czytania

Każdy słyszał anegdoty o gwiazdach, które zamawiają do garderoby egzotyczne owoce i ręczniki w jednym kolorze. Prawda o riderach jest dużo mniej zabawna i dużo ciekawsza. Przez lata czytałem ich setki, więc opowiem, co w nich naprawdę jest.

Kilka stron wydruku zszytych w rogu, tabelka z kanałami, rysunek sceny i lista, która wygląda jak zamówienie w hurtowni. Tak wygląda rider, czyli dokument, bez którego żaden koncert się nie zaczyna. Swój pierwszy dostałem, kiedy dopiero zaczynałem nosić kable za starszymi kolegami. Szef ekipy rzucił mi go na stół i powiedział: „przeczytaj, do jutra masz wiedzieć, czego brakuje”. Nie wiedziałem nawet, jak się do tego zabrać.

Z czasem riderów przeczytałem setki. Dla realizatora to podstawowy dokument, od którego zaczyna się każdy koncert. I z perspektywy lat mogę powiedzieć, że o artyście mówią więcej niż niejeden wywiad.

Czym w ogóle jest rider

Rider to załącznik do umowy między artystą a organizatorem. Opisuje, czego zespół potrzebuje, żeby zagrać koncert. Zwykle dzieli się na dwie części:

  • Rider techniczny. Wszystko, co dotyczy sceny: nagłośnienie, oświetlenie, wymiary sceny, zasilanie, sprzęt dla muzyków, harmonogram prób.
  • Rider hospitality, czyli socjalny. Garderoba, catering, napoje, hotel, transport lokalny, liczba osób w ekipie.

W internecie najwięcej mówi się o tym drugim, bo tam trafiają się smaczki. Ale z punktu widzenia koncertu ważniejszy jest pierwszy. Jeśli brakuje czegoś w riderze hospitality, ktoś będzie niezadowolony. Jeśli brakuje czegoś w technicznym, koncert może się nie odbyć.

Co jest w riderze technicznym

Typowy rider techniczny średniej wielkości zespołu to kilka stron. Oto, co w nim znajdziesz:

  1. Lista kanałów, czyli input list. Tabela ze wszystkimi źródłami dźwięku na scenie: każdy bęben, każdy mikrofon wokalny, każde wejście z klawiszy. Obok informacja, jaki mikrofon albo jakie urządzenie ma być podłączone. Dla mnie to zawsze była pierwsza strona, na którą patrzyłem.
  2. Stage plot, czyli plan sceny. Rysunek z rozmieszczeniem muzyków, instrumentów, monitorów i gniazd prądowych. Dzięki temu ekipa wie, gdzie co postawić, zanim zespół w ogóle przyjedzie.
  3. Wymagania dotyczące nagłośnienia. Jakiej klasy system, jakiej mocy, jaka konsoleta, czy zespół przywozi własną. Często z listą akceptowanych marek i modeli.
  4. Monitory. Ile torów odsłuchowych, czy muzycy używają monitorów podłogowych, czy odsłuchów dousznych. Przy dousznych dochodzą nadajniki bezprzewodowe.
  5. Oświetlenie. Minimalna liczba urządzeń, czy zespół ma swojego operatora, czy potrzebuje wytwornicy mgły. O tym, jak to wygląda w praktyce, pisałem w tekście o pracy oświetleniowca.
  6. Scena i zasilanie. Minimalne wymiary, wysokość, zadaszenie w plenerze, podesty dla perkusji, gniazda, ich rozmieszczenie.
  7. Harmonogram. Kiedy ekipa przyjeżdża, ile trwa montaż, kiedy jest próba dźwięku, o której koncert.

Rider to nie jest lista życzeń do spełnienia co do śrubki. Doświadczony realizator wie, że klub na trzysta osób nie ma systemu jak na stadion. Wtedy zaczynają się negocjacje: dzwonisz do technicznego zespołu, mówisz, co masz, oni mówią, co jest absolutnie konieczne. W dziewięciu przypadkach na dziesięć da się dogadać.

Monitory odsłuchowe i kable rozłożone na scenie przed koncertem

Jak czytałem ridery w praktyce

Kiedy dostawałem rider od organizatora, robiłem zawsze to samo. Brałem listę kanałów i porównywałem z tym, co mamy na magazynie. Zaznaczałem na czerwono braki, na żółto zamienniki. Potem patrzyłem na plan sceny i sprawdzałem, czy to się w ogóle zmieści. Kilka razy okazało się, że zespół jeździ z rozstawieniem szerszym niż scena w klubie. Trzeba było wymyślać, kogo przesunąć w bok, a kogo do tyłu.

Najbardziej lubiłem ridery pisane przez ludzi, którzy znają swoją robotę. Takie od razu mówią, co jest ważne, a co opcjonalne. Mają kontakt do realizatora zespołu, jasną listę i rysunek, który da się przeczytać. Najgorsze były te skopiowane z internetu, z listą sprzętu, którego zespół w ogóle nie używał. Raz przygotowaliśmy pełny zestaw mikrofonów pod perkusję z dwiema stopami, a na scenę wjechał mały zestaw jazzowy. Nikt nie aktualizował dokumentu od kilku lat.

Rider w plenerze: prąd, dach i błoto

Osobny rozdział to koncerty pod gołym niebem. W klubie wiele rzeczy jest oczywistych: jest dach, jest prąd, jest ściana, pod którą stoi scena. W plenerze rider zamienia się w listę pytań, na które organizator musi sobie odpowiedzieć sam, zanim na łąkę wjedzie pierwszy samochód.

Najważniejsze jest zasilanie. Zespół podaje, ile prądu potrzebuje nagłośnienie, a ile światło, i zwykle zaznacza, że mają to być osobne obwody. Nie bez powodu. Kiedy dźwięk i światło wiszą na jednej fazie, w głośnikach potrafi być słychać buczenie przy każdej zmianie sceny świetlnej. Przy agregatach dochodzi jeszcze pytanie o zapas mocy i o to, kto w nocy pilnuje paliwa.

Druga sprawa to dach. Dobry rider plenerowy opisuje nie tylko wymiary sceny, ale też osłonę konsolety na środku pola, boczne ściany sceny i to, co się dzieje, gdy wiatr przekroczy określoną prędkość. Konstrukcja z podwieszonym nagłośnieniem ma swoje limity i nie decydują o nich muzycy, tylko ekipa od sceny. Kiedy ona mówi „schodzimy”, schodzi się bez dyskusji.

Trzecia rzecz wychodzi dopiero w praktyce: dojazd. Rider podaje, czym przyjeżdża ekipa, a organizator musi sprawdzić, czy na trawnik po deszczu wjedzie ciężarówka z kilkoma tonami sprzętu. Widziałem koncert opóźniony o godzinę, bo ciągnik wyciągał naczepę z błota. W riderze nie było o tym ani słowa, bo kto pisze takie rzeczy w tabelce z mikrofonami.

Rider hospitality, czyli ta zabawniejsza część

Teraz o tym, o co ludzie pytają najczęściej. Co zespoły naprawdę zamawiają do garderoby?

Przeważnie rzeczy zupełnie zwykłe. Woda, dużo wody. Kawa i herbata. Owoce, kanapki, ciepły posiłek dla ekipy przed koncertem. Ręczniki na scenę, bo po godzinie grania wszyscy są mokrzy. Zamykana garderoba, w której można zostawić rzeczy. Czasem konkretne napoje, czasem prośba o posiłek wegetariański albo bez glutenu, bo ktoś w ekipie ma alergię.

Najsłynniejsza anegdota o riderach dotyczy zespołu Van Halen i zakazu brązowych cukierków w garderobie. Brzmi jak kaprys gwiazdy, ale z opowieści samych muzyków wynika, że był to test. Punkt ukryty w środku grubego ridera technicznego. Jeśli w garderobie leżały brązowe cukierki, zespół wiedział, że organizator nie przeczytał dokumentu uważnie, i trzeba było dokładnie sprawdzić całą scenę. Przy ciężkiej produkcji, z konstrukcjami i dużą mocą, to nie był żart.

Znam podobne, mniej słynne sztuczki. Jakiś drobiazg, który nic nie kosztuje, ale pokazuje, czy ktoś doczytał rider do końca. Szczerze? Rozumiem to. Po latach pracy wiem, że jeśli ktoś olał jedną stronę, to olał też inne.

Co mówi rider o artyście

Kilka lat temu rozmawiałem przy kawie z kolegą, który jeździł w trasy z różnymi zespołami. Stwierdził, że po riderze potrafi przewidzieć, jaki będzie dzień. I coś w tym jest.

  • Rider krótki, konkretny, z kontaktem do technicznego: zespół jest zorganizowany, będzie szybko i profesjonalnie.
  • Rider bardzo długi, z listą wymagań bez priorytetów: ktoś się zabezpiecza, będzie dużo negocjacji.
  • Rider przestarzały: zespół zmienił skład albo sprzęt i nikt tego nie zapisał. Szykuj się na niespodzianki.
  • Brak ridera: najczęściej młody zespół, który gra swoje pierwsze trasy. Trzeba zadzwonić i dopytać o wszystko.

Dlaczego to ma znaczenie dla widza

Może się wydawać, że rider to sprawa między zespołem a organizatorem. Ale od niego zależy, co usłyszysz z sali. Jeśli zespół dostanie sprzęt, o który prosił, i czas na próbę dźwięku, zagra lepiej. Jeśli połowa ridera zostanie zignorowana, muzycy przez cały koncert będą walczyć z odsłuchami, a ty usłyszysz nerwy zamiast muzyki.

Dlatego kiedy słyszę, że koncert w jakimś klubie brzmiał źle, pierwsze pytanie, jakie zadaję w myślach, brzmi: czy ktoś przeczytał rider? O tym, jak wygląda sam wieczór od strony konsolety, kiedy już wszystko jest ustawione, opowiadałem w tekście o realizatorze dźwięku.

Do dziś mam w szufladzie kilka starych riderów. Pożółkłe kartki z dopiskami długopisem, strzałkami i kółkami przy brakujących mikrofonach. Wiem, to dziwna pamiątka. Ale każdy z nich to jeden wieczór, który się udał, choć na początku wyglądało, że się nie uda.

Po tym tekście