Przejdź do tekstu
Wydanie Wieczorne, strona główna
Snopy ciepłego, bursztynowego światła przecinające dym nad sceną koncertową

Światło też gra. Jak pracuje oświetleniowiec na koncercie

Tekst: 5 min czytania

Przez lata stałem przy konsolecie dźwiękowej, a metr obok mnie pracował ktoś, kto grał na zupełnie innym instrumencie. Oświetleniowiec. Oto jak wygląda jego wieczór, od rusztowania do ostatniego wygaszenia.

Środek pola festiwalowego, namiot na rusztowaniu, dwa stoły obok siebie. Przy lewym ja z konsoletą dźwięku, przy prawym oświetleniowiec. Tak wyglądała większość moich koncertowych wieczorów, bo oba stanowiska zwykle stoją razem, czasem na jednej platformie, czasem pod jednym dachem. Przez setki wieczorów miałem więc okazję podglądać, co robi człowiek po mojej prawej. I długo nie doceniałem, jak dużo z tego, co publiczność pamięta z koncertu, to jego zasługa.

Bo ludzie mówią: „ale było brzmienie”. Równie często mówią jednak: „ale to wyglądało”. A za tym drugim zdaniem stoi ktoś, kogo nikt nie widzi, bo siedzi w ciemności i patrzy w ekrany.

Kim jest oświetleniowiec

Na małym koncercie w klubie to często jedna osoba, która obsługuje kilkanaście reflektorów zawieszonych nad sceną. Na dużej produkcji jest cała ekipa: projektant światła, który wymyśla wygląd koncertu, operator, który obsługuje konsoletę podczas show, technicy wieszający i podłączający sprzęt, czasem osobne osoby od prowadzenia punktowców na artystów.

W polskich realiach, zwłaszcza w średniej wielkości salach, bardzo często projektant i operator to ten sam człowiek. Przyjeżdża z zespołem albo pracuje dla obiektu i ogarnia wszystko od początku do końca. Wiem, jak to wygląda, bo przy dźwięku było identycznie.

Przed koncertem: plan, wieszanie i programowanie

Praca oświetleniowca zaczyna się dużo wcześniej niż w dniu koncertu. Przy trasach powstaje projekt: jakie urządzenia, gdzie zawieszone, jakie kolory dominują, jak światło ma się zmieniać w poszczególnych utworach. Wszystko to trafia do dokumentacji technicznej, którą organizator dostaje razem z wymaganiami zespołu.

W dniu koncertu ekipa zaczyna od wieszania. Reflektory, głowy ruchome, listwy LED, wszystko montuje się na kratownicach, które potem podciąga się nad scenę. O tym, jak powstaje sama konstrukcja, pisałem w tekście o montażu sceny od kuchni. Oświetleniowcy wchodzą zwykle zaraz po riggerach, czyli ludziach od zawieszania, i zanim zespół zjedzie na próbę, wszystko musi już świecić.

Potem przychodzi adresowanie i sprawdzanie. Każde urządzenie ma swój numer w sterowaniu i trzeba się upewnić, że konsoleta widzi je wszystkie. Brzmi nudno i jest nudne. Ale jeden źle ustawiony adres i w środku ballady zamiast ciepłego światła na wokalistę zaczyna migać stroboskop.

Programowanie, czyli pisanie nut dla świateł

Najciekawsza część pracy to programowanie. Oświetleniowiec tworzy w konsolecie sceny, czyli gotowe ustawienia: kolory, pozycje ruchomych głów, jasność, efekty. Potem układa je w sekwencje przypisane do utworów.

Są dwie szkoły. Pierwsza: wszystko zaprogramowane pod konkretny setlist, zsynchronizowane z muzyką co do sekundy, często uruchamiane z tego samego źródła czasu, z którego lecą podkłady zespołu. Tak pracuje się przy dużych produkcjach, gdzie efekt ma wyglądać identycznie w każdym mieście.

Druga szkoła to granie na żywo. Oświetleniowiec ma przygotowane sceny i efekty, ale odpala je ręcznie, w rytm muzyki, reagując na to, co się dzieje na scenie. Tak pracuje większość ludzi w klubach i przy zespołach, które nie trzymają się sztywnego setu. I to jest, moim zdaniem, najpiękniejsza forma tej roboty. Widziałem operatorów, którzy uderzali w przyciski jak perkusiści w werbel.

Operator konsolety oświetleniowej w ciemności podczas koncertu

Dym, który nie jest dla efektu

Ludzie myślą, że dym na scenie jest po to, żeby było tajemniczo. Trochę tak. Ale przede wszystkim jest po to, żeby w ogóle było widać światło. Snop reflektora w czystym powietrzu jest niewidoczny. Dopiero w lekkiej mgiełce zamienia się w te słynne promienie nad publicznością.

Dlatego na koncertach pracuje wytwornica mgły albo hazer, który wypuszcza bardzo drobną, równą mgiełkę. Dobry oświetleniowiec pilnuje jej ilości cały wieczór. Za mało i efekty giną. Za dużo i zespół nie widzi publiczności, a ludzie w pierwszych rzędach zaczynają kaszleć.

Z tym dymem mam zresztą swoje wspomnienie. Na jednym z koncertów plenerowych wiatr zmienił kierunek w połowie seta i cała mgła zamiast unosić się nad sceną, przyleciała prosto na nasze stanowisko. Przez kilka minut nie widziałem własnej konsolety. Oświetleniowiec obok mnie śmiał się, że to pierwszy raz, kiedy dźwiękowiec zobaczył, jak pięknie wygląda jego praca od środka.

W trakcie koncertu

Kiedy zaczyna się show, oświetleniowiec jest w pełnym skupieniu. Patrzy na scenę, słucha muzyki i jednocześnie pilnuje ekranów konsolety. Musi wiedzieć, który utwór jest następny, gdzie wokalista zwykle wchodzi na wybieg, w którym momencie jest solo gitary, a kiedy cała scena ma zgasnąć do jednego punktowca.

Dochodzi komunikacja. Przez interkom rozmawia z operatorami punktowców, czasem z realizatorem obrazu, jeśli koncert jest nagrywany albo wyświetlany na telebimach. Kamera potrzebuje innego światła niż ludzkie oko, więc to kolejny element do pogodzenia.

Kilka rzeczy, które zawsze robią różnicę, a których widz świadomie nie zauważa:

  • Ciemność. Najsilniejszy efekt to czasem wyłączenie wszystkiego na sekundę. Dobry oświetleniowiec nie boi się ciemności.
  • Światło na twarz. Artysta musi być widoczny. Najładniejsze efekty nic nie dadzą, jeśli wokalista śpiewa w cieniu.
  • Publiczność. Rozświetlenie widowni w odpowiednim momencie sprawia, że ludzie czują się częścią koncertu. Zespół też wtedy widzi, dla kogo gra.
  • Spójność. Kolory i tempo zmian powinny pasować do muzyki. Stroboskop w balladzie to błąd, który widziałem więcej razy, niż bym chciał.

Światło i dźwięk to jedna drużyna

Przez lata nauczyłem się jednego: najlepsze koncerty to te, na których dźwiękowiec i oświetleniowiec się rozumieją. Nie muszą ze sobą rozmawiać, wystarczy spojrzenie. Kiedy on przygasza scenę przed cichym fragmentem, ja wiem, że za chwilę trzeba będzie wyciągnąć wokal. Kiedy ja podnoszę głośność przed refrenem, on dokłada światła na publiczność.

Jak wygląda ten wieczór z mojej strony stołu, opisałem w tekście o tym, jak pracuje realizator dźwięku. Oba zawody łączy to samo: jeśli zrobisz wszystko dobrze, nikt nie zauważy, że w ogóle byłeś.

Jak patrzeć na światło na koncercie

Na koniec mała zachęta. Następnym razem, kiedy pójdziesz na koncert, poświęć jeden utwór na obserwowanie tylko światła. Zobacz, kiedy się zmienia, jak reaguje na muzykę, gdzie kieruje twoją uwagę. Potem spójrz na środek sali, na stanowisko przy konsolecie dźwiękowej. Obok niej, w ciemności, najpewniej siedzi ktoś pochylony nad ekranami, kto gra razem z zespołem, choć nie ma w ręku żadnego instrumentu.

Po koncercie możesz do niego podejść i powiedzieć, że było pięknie. Uwierz mi, słyszy to rzadko.

Po tym tekście