Przejdź do tekstu
Wydanie Wieczorne, strona główna
Widownia w kinie widziana od tyłu, na ekranie koncert w ciepłym świetle scenicznym

Filmy koncertowe, które warto zobaczyć choć raz

Tekst: 5 min czytania

Dobry film koncertowy to nie nagranie z telefonu w lepszej jakości. To osobny gatunek, w którym dźwięk i obraz muszą zagrać razem. Oto moja krótka lista tytułów, do których wracam jako widz i jako były realizator.

Ludzie często pytają mnie, czy film koncertowy może zastąpić prawdziwy koncert. Nie może. Ale dobry film koncertowy potrafi coś, czego koncert nie potrafi: pokazuje muzykę z miejsc, w których nigdy nie staniesz. Z bliska rąk perkusisty, zza pleców wokalisty, z góry nad sceną. I jeśli ktoś zrobił to z głową, dźwięk brzmi lepiej niż z większości miejsc na sali.

Jako realizator oglądam takie filmy trochę inaczej niż reszta widowni. Słucham, jak zmiksowano publiczność, czy wokal jest na właściwym miejscu, czy montaż idzie za muzyką, czy przeciw niej. Poniżej tytuły, które przeszły ten test i do których wracam. Lista jest subiektywna i krótka. Wolę polecić kilka rzeczy pewnych niż dwadzieścia przypadkowych.

„Stop Making Sense” (1984)

Jeśli miałbym zostawić tylko jeden film z tej listy, zostałby ten. Talking Heads w reżyserii Jonathana Demme'a. Film zaczyna się od Davida Byrne'a, który wchodzi na pustą scenę z magnetofonem i gitarą akustyczną. Z każdym kolejnym utworem dochodzi następny muzyk, a scena rośnie na naszych oczach.

To, co mnie w nim zachwyca, to dyscyplina. Kamera nie skacze po publiczności co trzy sekundy. Przez większość czasu patrzymy na zespół, a montaż oddycha razem z muzyką. Do tego słynny za duży garnitur Byrne'a, który stał się ikoną. Film kilka lat temu wrócił do kin w odnowionej wersji, więc jeśli trafisz na seans na dużym ekranie, idź bez zastanowienia.

„Ostatni walc” (The Last Waltz, 1978)

Martin Scorsese nagrał pożegnalny koncert zespołu The Band w San Francisco. Na scenie pojawiają się goście, których nazwiska brzmią jak spis treści historii rocka: Bob Dylan, Neil Young, Joni Mitchell, Van Morrison, Muddy Waters i inni.

To film o końcu czegoś. Między utworami są rozmowy z muzykami, w których słychać zmęczenie latami w trasie. Znam to uczucie od drugiej strony konsolety i dlatego te fragmenty trafiają we mnie mocniej niż sama muzyka. Jeśli ktoś chce zrozumieć, jak wygląda życie zespołu po kilkunastu latach grania, to jest dobry start.

„Pink Floyd: Live at Pompeii” (1972)

Pomysł był szalony i genialny zarazem. Zespół gra w pustym amfiteatrze w starożytnych Pompejach, bez publiczności. Tylko muzycy, sprzęt, kamienie i upał.

Z punktu widzenia realizatora to film fascynujący, bo widać cały ten sprzęt z epoki: wzmacniacze, kolumny, kable ciągnięte przez ruiny. Nie ma tłumu, który by to zasłonił. Muzyka jest długa, psychodeliczna, wymaga cierpliwości. Ale jeśli dasz jej szansę, zostaje w głowie na długo.

Szpula z taśmą filmową i projektor w ciemnej kabinie

„Woodstock” (1970)

Nie da się napisać o filmach koncertowych bez niego. Dokument z festiwalu, który stał się symbolem całego pokolenia. Trwa długo, jest nierówny, ale ma w sobie coś, czego nie podrobi żadna współczesna produkcja.

Dla mnie najciekawsze są w nim sceny poza sceną. Błoto, deszcz, kolejki, ludzie próbujący jakoś przetrwać. Każdy, kto był kiedyś na dużym festiwalu plenerowym, rozpozna te obrazki. Organizacja zmieniła się od tamtej pory nie do poznania, ale emocje zostały podobne. Jeśli wybierasz się na pierwszy duży festiwal, obejrzyj go dla nastroju, a potem przeczytaj mój poradnik o przetrwaniu trzech dni pod sceną, żeby nie powtarzać błędów z 1969 roku.

„Amazing Grace” (nagrany w 1972, premiera 2018)

Aretha Franklin nagrywa album gospel w kościele w Los Angeles, z chórem i wiernymi w ławkach. Materiał filmowy przeleżał dziesiątki lat, bo w swoim czasie nie udało się zsynchronizować obrazu z dźwiękiem. Dopiero współczesna technika pozwoliła go złożyć.

Ta historia mówi o dźwięku więcej niż niejeden podręcznik. A sam film to jedna z najbardziej poruszających rzeczy, jakie widziałem na ekranie. Nie trzeba lubić gospel. Wystarczy mieć uszy.

„Queen Rock Montreal” (koncert z 1981)

Queen w szczytowej formie, zarejestrowany na koncercie w Montrealu. Jeśli znasz zespół tylko z fabularnych filmów o nich, to jest okazja, żeby zobaczyć, jak to wyglądało naprawdę.

Z perspektywy dźwięku to ciekawy przykład, jak brzmiała wielka produkcja koncertowa na początku lat 80. Dużo energii, sporo surowości, publiczność, która śpiewa razem z zespołem. Warto obejrzeć na dobrym sprzęcie, a nie na głośniku laptopa.

Z nowszych: „Homecoming” i nie tylko

Współczesne filmy koncertowe to często wielkie produkcje wyświetlane w kinach jako wydarzenie. Najlepszym przykładem jest „Homecoming” Beyoncé, zrealizowany na podstawie jej występów na festiwalu Coachella. To pokaz, jak dziś planuje się show: choreografia, orkiestra dęta, światło, montaż z dwóch weekendów.

Do tej samej kategorii należy film z trasy „The Eras Tour” Taylor Swift, który trafił do kin na całym świecie. Niezależnie od tego, co myślisz o muzyce, warto zobaczyć skalę realizacji. Jako ktoś, kto pracował przy dużo mniejszych produkcjach, oglądam takie rzeczy z mieszanką podziwu i lekkiego przerażenia.

Po czym poznać dobry film koncertowy

Zanim przejdę do rad praktycznych, jeszcze jedna rzecz. Przez lata wyrobiłem sobie prosty test. Dobry film koncertowy poznaję po tym, że po kwadransie przestaję myśleć o kamerach. Nie zauważam cięć, nie liczę ujęć, po prostu siedzę na koncercie.

Słaby film koncertowy robi odwrotnie. Montaż jest nerwowy, co dwie sekundy inne ujęcie, a publiczność wrzeszczy głośniej niż zespół, bo ktoś uznał, że tak będzie bardziej „na żywo”. Tymczasem na prawdziwym koncercie tłum słyszysz dookoła siebie, a nie w samym środku miksu. Wszystkie tytuły z tej listy pamiętają o tej proporcji.

Jak oglądać filmy koncertowe

Kilka rad od kogoś, kto słucha za dużo:

  • Najlepiej w kinie. Jeśli gdzieś w mieście jest pokaz specjalny albo przegląd, idź. Duży ekran i porządne nagłośnienie robią ogromną różnicę.
  • W domu: głośno i z dobrym dźwiękiem. Film koncertowy na głośnikach telewizora traci połowę siły. Jak ustawić dźwięk w domu, pisałem w tekście o tym, dlaczego dialogi są za cicho, a wybuchy za głośno. Te same zasady działają przy muzyce.
  • Bez telefonu w ręku. To brzmi banalnie, ale film koncertowy wymaga uwagi tak jak koncert.
  • Oglądaj w towarzystwie. Najlepiej z kimś, kto zna zespół lepiej od ciebie. Dowiesz się rzeczy, których nie ma w napisach.

Kiedy prowadzę audycję w radiu, czasem zapraszam słuchaczy, żeby podsyłali swoje ulubione filmy koncertowe. Za każdym razem ktoś przypomina mi o czymś, czego nie widziałem. Ta lista pewnie więc jeszcze urośnie. Na razie zacznij od tych kilku i daj znać, który zrobił na tobie największe wrażenie.

Po tym tekście