Przejdź do tekstu
Wydanie Wieczorne, strona główna
Zespół jazzowy na scenie klubu w ciepłym świetle

Zaduszki jazzowe. Listopadowa tradycja, która wciąż wypełnia kluby

Tekst: 5 min czytania

Początek listopada ma w Polsce swoje osobne koncerty. Opowiadam, skąd wzięły się Zaduszki Jazzowe, dlaczego ta tradycja trzyma się od siedemdziesięciu lat i jak znaleźć takie wieczory w swoim mieście. Z perspektywy kogoś, kto nagłaśniał je w małych klubach.

Piwnica na kilkadziesiąt osób, pierwszy weekend listopada, a ja przy małym mikserze wciśniętym w kąt obok baru. Mała scena z kontrabasem, perkusją i fortepianem, który ktoś stroił jeszcze pół godziny przed wejściem gości. Na stolikach znicze, takie same jak na cmentarzach, tylko że w kieliszkach po winie. Lider zespołu przed każdym utworem mówił kilka zdań o muzyku, którego ten numer wspominał. Grali do pierwszej w nocy. Nikt nie wychodził.

Od tamtej pory co roku na początku listopada staram się być na choć jednym takim wieczorze. Czasem przy konsolecie, częściej przy stoliku.

Skąd się wzięły

Tradycja zaczęła się w Krakowie. Pierwsze Zaduszki Jazzowe odbyły się 2 listopada 1954 r. i według relacji uczestników były bardziej jam session niż koncertem w dzisiejszym rozumieniu. To był czas, gdy jazz w Polsce dopiero wychodził z kilkuletniego zepchnięcia na margines, kiedy grało się go po mieszkaniach i nieoficjalnie. Na tamtym wieczorze grali muzycy, którzy potem stali się legendami polskiego jazzu, między innymi Krzysztof Komeda.

Krakowskie Zaduszki Jazzowe odbywają się od tamtej pory co roku i uchodzą za jeden z najstarszych festiwali jazzowych w Europie. W 1960 r. stały się imprezą międzynarodową, a z czasem z jednego wieczoru zrobił się kilkudniowy festiwal z koncertami w klubach i salach koncertowych.

Dlaczego akurat listopad

Nazwa mówi wszystko. Zaduszki, czyli Dzień Zaduszny, 2 listopada, dzień wspominania zmarłych. Jazzowe zaduszki od początku miały w sobie ten element: wspomnienie muzyków, którzy odeszli. Na wielu koncertach do dziś gra się utwory zmarłych kompozytorów, a między numerami pada kilka słów o nich.

Ale to nie są smutne wieczory. To bardziej przypomina stypę w najlepszym znaczeniu tego słowa: ludzie się spotykają, wspominają i grają tak, żeby ci, których wspominają, byli zadowoleni. Muzyka bywa melancholijna, ale równie często jest swing do tańca i długie solówki, przy których sala bije brawo w połowie.

Listopad pasuje do jazzu jeszcze z jednego powodu. Jest ciemno, zimno, ludzie szukają ciepłych, małych miejsc. Po festiwalowym lecie i wrześniowym powrocie klubów, o którym pisałem w tekście o jesieni w klubach, początek listopada jest dla małej sceny naturalną kulminacją.

Zaduszki poza Krakowem

Krakowski festiwal jest najstarszy i najbardziej znany, ale zaduszki jazzowe gra się dziś w wielu miastach. Organizują je kluby jazzowe, domy kultury, filharmonie, czasem kościoły, w których akustyka sprzyja kameralnemu składowi. Bywają lokalne cykle z wieloletnią tradycją i jednorazowe koncerty, zbierane przez klub raz w roku.

Jak je znaleźć:

  1. Sprawdź program klubów jazzowych w swoim mieście na koniec października i pierwszy tydzień listopada. Zaduszki rzadko wypadają dokładnie 2 listopada, częściej w najbliższy weekend.
  2. Zajrzyj do domów kultury i filharmonii. Wiele z nich ma listopadowe koncerty z hasłem „zaduszki” w tytule.
  3. Słuchaj lokalnych audycji jazzowych. Prowadzący znają kalendarz najlepiej. W mojej audycji przed listopadem zawsze zbieram, gdzie we Wrocławiu i okolicy coś się gra.
  4. Kup bilet wcześniej. Małe kluby na zaduszki wyprzedają się szybko, bo przychodzą stali bywalcy, którzy chodzą co roku.
Kontrabasista na scenie, zbliżenie

Jak taki wieczór brzmi od zaplecza

Nagłaśnianie zaduszek w małym klubie to zupełnie inna praca niż koncert rockowy. Tu głównym zadaniem realizatora jest nie przeszkadzać.

W piwnicy na kilkadziesiąt osób kwartet jazzowy w dużej mierze gra akustycznie. Perkusja i kontrabas same wypełniają salę. Mikrofony służą bardziej do wyrównania niż do wzmocnienia: trochę fortepianu, żeby nie ginął za bębnami, trochę kontrabasu, bo niskie dźwięki w małych salach bywają zdradliwe, i wokal, jeśli ktoś śpiewa albo mówi między utworami. Saksofon zwykle radzi sobie sam.

Najczęstszy błąd to za głośno. Realizator przyzwyczajony do klubowego rocka podkręca wszystko i nagle jazzowy wieczór zamienia się w ścianę dźwięku, w której nie słychać szczotek na werblu. Na zaduszkach szczotki na werblu muszą być słychać. O tym, jak wygląda praca przy konsolecie w różnych warunkach, pisałem w tekście o pracy realizatora dźwięku.

Druga rzecz to znicze. Świece na stolikach są piękne, ale w klubie z drewnianym wystrojem i ciasną salą ktoś musi pilnować, żeby stały w szkle, z dala od kotar i kabli. Po jednych zaduszkach zbierałem stopiony wosk z kabla mikrofonowego, który ktoś przełożył przez stolik.

Co się gra

Program zaduszek rzadko jest przypadkowy. Najczęściej to standardy i utwory muzyków, którzy odeszli, także w ostatnim roku. Polscy jazzmani grają na zaduszkach sporo polskiej klasyki, w tym tematy, które dobrze znasz z filmów, nawet jeśli nie wiesz, kto je napisał. Zespoły lubią też łączyć pokolenia: na jednej scenie staje ktoś, kto grał na zaduszkach czterdzieści lat temu, i ktoś, kto właśnie skończył szkołę muzyczną.

Dla mnie najciekawsze są momenty, kiedy muzycy biorą znany temat i grają go po swojemu, wolniej, ciszej albo w zupełnie innym rytmie. Wtedy zaduszki przestają być uroczystym wspominkiem, a stają się rozmową z tymi, których się wspomina. Taki wieczór nie jest koncertem z płyty. Jest jednorazowy, jak każdy dobry jazz.

Na pierwszy raz

Jeśli nie znasz jazzu i boisz się, że nie zrozumiesz, zaduszki są dobrym początkiem. Kilka rad:

  • wybierz klubowy koncert, nie salę filharmonii. Blisko sceny łatwiej złapać, co się dzieje między muzykami,
  • bij brawo po solówkach, nie tylko na końcu utworu. W jazzie to normalne i muzycy na to czekają,
  • nie zamawiaj przy barze w czasie ballady. Ekspres do kawy w środku cichego utworu to coś, czego muzycy nie zapominają,
  • zostań na drugi set. Muzycy w drugiej części są rozgrzani i często grają swobodniej.

W tym roku idę na dwa wieczory. Jeden w klubie, gdzie znam każdy kąt, drugi w miejscu, w którym jeszcze nie byłem. Na stoliku znicz w kieliszku, przy scenie kontrabas. Siedemdziesiąt lat po tamtym krakowskim wieczorze to wciąż wystarcza, żeby wypełnić salę.

Po tym tekście